Skąd pomysł na taki tytuł? Ano dlatego, że Marta i Michał to ludzie, którzy przyciągają do siebie przygody i z nimi, jak sami twierdzą, nie może być nigdy normalnie. Zaczęliśmy niestandardowo, bo mimo, że oboje byli już po ślubie, postanowiliśmy zrobić część sesji (we Wrocławiu) w zwykłych strojach, zaś na finał zostawiliśmy sobie wyjazd w góry, gdzie oboje mieli olśniewać swoimi strojami na tle majestatycznych i surowych gór. Ale niestety zapomnieliśmy uwzględnić jedną rzecz w naszym misternym planie. Nie sprawdziliśmy do której godzinny czynny jest wyciąg … Gdy na miejscu okazało się, że spóźniliśmy się dosłownie 10 minut uznaliśmy, że skoro już tutaj dotarliśmy, to musimy coś z tym faktem zrobić. Niewiele myśląc postanowiliśmy urządzić sobie wyścig z zachodzącym słońcem i wybraliśmy się górskim szlakiem na jedno z pobliskich wzniesień. Zapewniam Was, że nie ma cięższej rzeczy, niż suknia ślubna, którą niesie się przed sobą idąc pod górę przez nieco ponad godzinę (oczywiście wszyscy w geście solidarności wymieniali się nią). Zdjęcie otwierające ten wpis, choć na początku miało być śmieszną pamiątką z tej wycieńczającej wyprawy, jest piękną metaforą. Oto ona: miłość to stale ponoszony trud na rzecz wspólnego dobra.